To wprost nieprawdopodobne. Nowy album Metalliki to najlepsze wydawnictwo grupy od czasów "...And Justice For All" z 1988 roku.
A wydawało się już, że po stoczeniu się na samo dno, które Metallica osiągnęła pięć lat temu płytą "St. Anger", szanse na nagranie przez Hetfielda i spółkę czegokolwiek słuchalnego są zerowe. Ktoś jednak poszedł po rozum do głowy i wywalił na zbitą mordę Boba Rocka, który wyprodukował wszystkie płyty grupy po słynnym "Black Album" z 1991, będącym tragicznym dla zespołu zwrotem ku komercyjnym brzmieniom. Dawny lider trash-metalu stał się dzięki swemu producentowi swą własną, plastikową parodią.
Na szczęście to się zmieniło. Rocka zastąpił Rick Rubin, facet odpowiedzialny między innymi za "Reign in Blood" Slayera czy kilka nagrań Danziga. I zrobił to, co dobry producent powinien zrobić: postawił zapijaczonemu Hetfieldowi i jego kolegom stanowcze warunki, a także wskazał kierunek, w jakim nowa płyta powinna podążać, jeśli chcą w ogóle marzyć o powrocie do łask fanów prawdziwego, dobrego metalu.
Po pierwsze, żadnych improwizacji. "St. Anger", który był komponowany (tak, podobno był komponowany) i nagrywany jednocześnie, stanowił dostateczny dowód na to, że grupie improwizacja po prostu nie wychodzi. Wszystkie utwory miały być napisane w 100% przed wejściem do studia.
Po drugie, żadnych eksperymentów. "St. Anger" - jak wyżej - wykazał, że eksperymentatorstwo Metallice nie wychodzi.
Po trzecie, powrót do starego, dobrego brzmienia. Muzycy mieli wyobrazić sobie, jak wyglądałaby druga część najlepszej płyty w ich dorobku - "Master of Puppets" - i na tym wyobrażeniu oprzeć nowe utwory.
Dzięki tym zabiegom Metallica nagrała na pewno nie rewelacyjną, ale przyzwoitą płytę, o kilka klas przerastającą wszystko, co powstało w latach 1991-2003. Wróciło nie tylko sprawdzone, przedblackalbumowe brzmienie - nawet układ utworów na longplayu jest analogiczny do tego na klasycznych płytach: czwarty utwór to ballada, przedostatni - instrumental. Przebaczyć można nawet żałośnie idiotyczne teksty. Tylko ten "Unforgiven III" niepotrzebny.
Tytuł: Death Magnetic Wykonawca: Metallica Data wydania: 10 września 2008
Lista utworów:
1. That Was Just Your Life
2. The End Of The Line
3. Broken, Beat & Scarred
4. The Day That Never Comes
5. All Nightmare Long
6. Cyanide
7. The Unforgiven III
8. The Judas Kiss
9. Suicide & Redemption
10. My Apocalypse
Grupa Opeth przeszła na początku obecnej dekady swoistą transformację. Z zespołu grającego mroczny death-metal stała się jedną z najwyżej cenionych marek w segmencie progresywnego grania.
Wszystko to za sprawą Stevena Wilsona (Porucpine Tree), który wyprodukował trzy płyty Szewdów - przełomowy "Blackwater Park" oraz swoisty dyptyk, czyli "Deliverance" i "Damnation". Potem był już samodzielny "Ghost Revieries", przed kilkunastoma dniami ukazał się natomiast "Watershed".
"Porcelain Heart" z płyty "Watershed"
Niestety, płytę należy uznać za niezbyt udaną. Problemem nie jest z pewnością to, że "zespół zjada własny ogon" (choć stylistyka i struktura niektórych kompozycji bardzo przypomina wcześniejsze dokonania grupy), ani że nie eksperymentuje. Wręcz przeciwnie - album jest mocno eksperymentalny, powiedziałbym nawet, że za mocno.
Siłą Opeth było to, że potrafili perfekcyjnie połączyć ciężkie, death/blackowe brzmienie, wraz z immanentnie związanym z nim growlingiem oraz łagodne, progresywne "malowanie dźwiękiem". Dawało to naprawdę wybuchową mieszankę, która znalazła uznanie zarówno publiczności jak i krytyki.
Teraz jednak owo klejenie nastrojów wychodzi dość topornie (utwór "Heir Apparent"), wydaje się być nieco na siłę. Utwory tracą spójność - i o ile wiele jest grup (Dream Theater), które potrafią za pozorną niespójnością ukryć głębszą myśl kompozycyjną, o tyle na "Watershed" mamy do czynienia z nieciekawym chaosem.
Być może kilkanaście dni to za mało na wyrobienie sobie zdania, być może należy "Watershed" przesłuchać kilkadziesiąt razy, aby załapać, o co chodziło Akerfeldtowi i reszcie grupy. Bo jest to z pewnością ten typ muzyki, która wymaga odpowiedniego podejścia.
Na razie więc jestem krytyczny, jednak w dalszym ciągu obdarzam Opeth kredytem zaufania. Nawet bowiem słabsza ich produkcja przerasta dziesiątki świetnych płyt marnych zespołów, których przecież nie brakuje.
Tytuł: "Watershed" Wykonawca: Opeth Data wydania: 30 maja 2008
Przyszły rok będzie obfitować w szereg atrakcji dla fanów progresywnego grania. Przyjrzyjmy się, jakich to płyt będzie nam dane posłuchać.
Ayreon - 0101101 (29 stycznia)
Pod tym binarnym tytułem (w systemie dziesiętnym równym 89, co odpowiada w kodzie ASCII literze Y) kryje się kontynuacja wątków z poprzednich płyt holenderskiego Mistrza. Arjen Lucassen znów zaangażował pierwszorzędne "gardła" sceny progresywnej (z Danielem Gildenlowem, Jornem Lande i Tomem Englundem na czele). Zapowiada się więc kolejny wspaniały album.
Opeth - na razie bez tytułu
"The Grand Conjuration" z płyty "Ghost Reveries" (2005)
Szwedzki zespół progresywno-deathmetalowy wymienił w ostatnich dwóch latach perkusistę i gitarzystę. Zobaczymy więc, czy grupie Mikaela Akerfeldta uda się nagrać płytę na miarę czterech poprzednich albumów, które zapewniły Opeth miejsce w pierwszej lidze progresywnego metalu i nie tylko. Wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują, że tak się stanie.
The Mars Volta - The Bedlam in Goliath (29 stycznia)
Osobiście nie należę do wielkich fanów amerykańskiej grupy, jednak kronikarski obowiązek nakazuje mi odnotować fakt, że już w styczniu światło dzienne ujrzy nowy album - The Bedlam in Goliath.
Ponadto, nowe płyty zapowiadają m.in. Marillion, Pendragon, a nawet Peter Gabriel. Dzisiejsi giganci, jak Dream Theater, Pain of Salvation czy Porcupine Tree nowe nagrania wydali w mijającym roku (patrz niżej), więc przyjdzie nam poczekać przynajmniej do 2009 roku, zanim znów się odezwą.
Wszelkie podsumowania tego typu są oczywiście subiektywne i ograniczone wyłącznie do płyt, które udało się podsumowanie czyniącemu przesłuchać. Poczyniwszy te zastrzeżenia, przystępuję do przedstawienia pięciu najlepszych według mnie progresywnych płyt mijającego roku.
Miejsce 5.
Dream Theater - "Systematic Chaos" (progmetal)
Jak wspominałem ostatnio, płyta nie należy do najlepszych w dorobku kwintentu z Nowego Jorku. Zespół uległ pewnej komercjalizacji - oczywiście na miarę gatunku w którym tworzy, a więc progresywnego metalu. Płyta na pewno przysporzyła grupie wielu nowych fanów, ci starsi jednak będą wzdychać za dziełami na miarę "Awake". Mike Portnoy z kolegami nie schodzą jednak poniżej pewnego poziomu i choćby z tego względu płyta warta jest odnotowania.
Miejsce 4.
Riverside - "Rapid Eye Movement" (progmetal / rock progresywny)
Polacy, którzy przebojem wkraczają na światową scenę progresywną. W ich muzyce wiele wciąż zapożyczeń i wtórności, jednak z każdą płytą jest coraz lepiej, a "REM" jest tego najlepszym dowodem. O klasie zespołu świadczy m.in. wybranie ich na support zachodnioeuropejskich koncertów Dream Theater. Gratuluję i życzę dlaszych sukcesów!
Miejsce 3.
Maserati - "Inventions For The New Season" (postrock)
Zespół, który - jak wskazuje nazwa - pochodzi oczywiście z... Athens w stanie Georgia, gra muzykę bardzo nietypową i nie dla każdego. Transowe, hipnotyzujące brzmienie dwóch gitar, basu i perkusji to znak rozpoznawczy grupy. Smakowity kąsek dla wielbicieli instrumentalnego rocka z psychodelicznym posmakiem.
Miejsce 2.
Pain of Salvation - "Scarsick" (progmetal)
Po wcześniejszej, eksperymentalnej - i, moim zdaniem, nieco przekombinowanej i przeintelektualizowanej - płycie "Be", zespół pod wodzą Daniela Gildenlöwa nagrał płytę nieco bardziej "klasyczną", udowadniając przy tym swą wszechstronność. Album jest w warstwie lirycznej charakterystycznym dla szwedzkiej grupy okrzykiem prostestu wobec wynaturzeń komercjalizacji, kultu pieniądza, imperializmu amerykańskiego - gdyby Noam Chomsky był zespołem progmetalowym, to pewnie niewiele różniłby się od Pain of Salvation. W warstwie muzycznej zespół trawestuje skomercjalizowane już dziś gatunki - od nu-tone'u czy "rap-metalu" ("Scarsick"/"Spitfall") po "postpanterowy" groove ("Flame To The Moth"), ale i sięga po niewesołą parodię typowego disco w utworze "Disco Queen", będącego w istocie opowieścią o pedofilii. Wielka płyta, choć zdaje się, że zespół stać na jeszcze więcej.
Miejsce 1.
Porcupine Tree - "Fear Of A Blank Planet" (progmetal / rock progresywny)
Steven Wilson, mimo prawie dwudziestoletniej profesjonalnej obecności na rynku muzycznym, wciąż potrafi pokazać pazur. Muzyka Porcupine Tree zachowuje świeżość i szczerość, której brakuje m.in. wymienionemu wyżej Dream Theater. Zespół jest w doskonałej formie, czego dowiódł zresztą w czasie niedawnego koncertu w poznańskiej Arenie. Tak trzymać!
Teledysk do utworu "Forsaken" z raczej słabej płyty "Systematic Chaos" (parafrazując znane internetowe powiedzenie, Dream Theater "skończyli się" - przynajmniej dla mnie - na "Six Degrees of Inner Turbulence"; kolejne płyty to tylko techniczne błyskotki) ujrzy światło dzienne w początku 2008 roku. Już teraz Roadrunner Records (wydawca DT) ujawniła, że klip będzie utrzymany w stylistyce anime.
A oto para głównych bohaterów teledysku - Leo i Alice:
Steve Vai, słynny uczeń słynnego Joe Satrianiego, nagrał album koncertowy "Sound Theories", na którym występuje wraz z holenderską Metropole Orchestra.
Z tej właśnie płyty pochodzi prezentowana niżej wersja jednego z najpopularniejszych utworów Steve'a - "For The Love Of God", który pierwotnie znalazł się na płycie "Passion and Warfare" z 1990 roku.
Wspaniała, emocjonalna solówka pokazuje jak - często oskarżana o bezduszność - wirtuozeria może współgrać z artystyczną szczerością.
Deep Purple to przedstawiciel klasycznego, porządnego, w zasadzie bezprzymiotnikowego rocka (choć w praktyce rozciągającego się od art- do hardrocka). Skład grupy zmieniał się wielokrotnie, jednak najbardziej kultowe (i chyba najlepsze) płyty powstały w czasie, gdy zespół tworzyli Ian Gillan (wokal), Ritchie Blackmore (gitara), Roger Glover (bas), Jon Lord (klawisze) i Ian Paice (perkusja).
Dwa najsłynniejsze, spośród wydanych w tym składzie albumów to "Deep Purple in Rock" z 1970 i "Machine Head" z 1973 roku. Z tego drugiego albumu pochodzi klasyk nad klasykami - utwór "Smoke On The Water" z najsłynniejszym chyba w historii gitarowego grania riffem przewodnim.
Jednak nie oryginalną wersję chciałbym zaprezentować. Teledysk poniżej pochodzi z 1989 roku, kiedy to powstał album "Rock Aid Armenia", z którego dochód przeznaczony był na pomoc dla poszkodowanych w trzęsieniu ziemi z 1988 roku.
W nagraniu tego unikalnego teledysku udział wzięli giganci rocka i metalu. Poszczególne zwrotki zaśpiewali Ian Gillan, Bruce Dickinson (Iron Maiden) i Paul Rodgers (Free, Bad Company, Queen). Zagrali Ritchie Blackmore, Jon Lord, Brian May i Roger Taylor (obaj Queen), David Gilmour (Pink Floyd), John Paul Jones (Led Zepellin), Tommy Iommi (Black Sabbath), Alex Lifeson (Rush), Chris Squire (Yes), Keith Emerson (ELP), Bryan Adams i - jeśli nikogo nie pominąłem - Adrian Smith (Iron Maiden).
Wersję tę uwielbiam z powodu Bruce'a Dickinsona, który - z pewnością zaszczycony możliwością zaśpiewania u boku swego wielkiego idola, Iana Gillana - absolutnie genialnie wykonuje drugą zwrotkę.